Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki? Artykuł został napisanny przez Joannę Tokarską FIzjopozytywna. Na zdjęciu znajduje się nasz pies rasy basset, w bikolorze biało karmelkowy w ciemne ciapki z ogromnymi uszami.

Od kilku tygodni jestem dumną właścicielką szczeniaka. Słodki, rozbrykany, z długimi uszami jak z kreskówki. I właśnie te uszy – o ironio – stały się początkiem naszej pierwszej wspólnej walki o zdrowie.

Zaczęło się niewinnie. Trochę się drapał, trzepał głową. Potem uszy zrobiły się czerwone, a z ich wnętrza wyciekła czarna maź. Tak, wiem. Fuj.

Zaczęłam od podpytania znajomych i każdy miał inną teorię w tym względzie. Zadzwoniłam do hodowcy: „to normalne w tej rasie, proszę nie panikować”. Zgłosiłam się do dwóch weterynarzy – jeden kazał zmienić karmę, drugi dał krople i powiedział, że minie. Google? Definitywnie nie pomógł. Im więcej czytałam, tym mniej wiedziałam. Finalnie sytuacja stała się tak frustrująca, że przestałam szukać, niejako godząc się z porażką.

I wtedy mnie uderzyło. Przecież ja czuję się dokładnie to, co nasi pacjenci, kiedy przychodzą z bólem pleców (barku, szyi, krocza – wpisz cokolwiek). Każdy im mówi co innego. Ktoś poleca osteopatę, ktoś basen, ktoś masaż w Tajlandii. Ktoś mówi: “Przeczekać”. Inny: “Operować natychmiast”.

A pacjent błądzi. Przepłaca. Zaczyna się zastanawiać, czy sam przypadkiem nie zwariował. I choć w moim przypadku to “tylko pies”, to całe to doświadczenie dało mi nową perspektywę tego, czym tak naprawdę jest szukanie pomocy medycznej, gdy nie ma się wiedzy, a każdy ekspert mówi coś innego.

EBVM, czyli Evidence-Based dla weta

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

Z racji na zawodowe zboczenie (czytaj: obsesję na punkcie EBM), pomyślałam, że zabiorę się do tematu po swojemu. I co się okazało?

Tak samo jak my mamy Evidence Based Medicine, tak zwierzaki mają Evidence Based Veterinary Medicine. EBVM — no kto by pomyślał?

Więc zamiast opierać się na opinii „bo mój wujek zawsze dawał psu kefir i było okej”, przeszukałam literaturę naukową. Znalazłam dane, które pokazywały, co działa, a co jest totalną ściemą. I wiecie co? Zastosowałam rozwiązanie, które łączyło się z tym, co sugerował jeden z weterynarzy i z tym, co znalazłam w badaniach. Na efekty nie trzeba było długo czekać (ale nie pojawiły się też od razu – no wypisz, wymaluj, jak w fizjoterapii). Aktualnie uszy są zdrowe. Pies ma się dobrze. Wszyscy śpią spokojnie.

Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju.

Większość ludzi nie ma tej możliwości

Nie każdy potrafi grzebać w bazach naukowych. Nie każdy umie odróżnić sensowną publikację od reklamy w przebraniu badania, a tym bardziej wyciągnąć z niej konkretne, praktyczne wnioski.

I wtedy pomyślałam o naszych pacjentach.

Jeśli ja – fizjoterapeutka – miałam momenty totalnego zagubienia, to jak musi się czuć ktoś, kto w ogóle nie ogarnia mechanizmów medycyny, fizjologii, badań? Kto słyszy pięć różnych diagnoz, trzy sprzeczne zalecenia i milion reklam z cudownymi terapiami, poduszkami ortopedycznymi i plastrem z drzew amazońskich?

Może dlatego mamy epidemię przewlekłego bólu?

Bo ludzie błądzą. Bo nie wiedzą, komu wierzyć. Bo trafiają na treści, które są przestarzałe, oderwane od rzeczywistości albo pisane tylko po to, żeby ktoś na nich zarobił.

I w tym całym chaosie brakuje jednego – kogoś, kto umie przetłumaczyć naukę na język zrozumiały i przydatny w życiu codziennym.

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

No i co z tym zrobić?

Szczerze? Chciałabym mieć gotowe rozwiązanie. Chciałabym móc powiedzieć: „Proszę! Jest tak i tak”. Ale go nie mam.

Bo ta dezinformacja, w której toniemy, to efekt działania ogromnej liczby czynników: algorytmów, marketingu, braku edukacji, pośpiechu, lęku. A ja? Ja jestem tylko małą fizjo-blogerką z psem o wielkich uszach.

Nie mam więc złudzeń. Moje słowa to kropla w oceanie informacji, po którym dryfują pacjenci porywani przez rozmaite prądy i fale. WHO mówi wręcz o infodemii – czyli pandemii fałszywych informacji. I tak jest. A ja w tym całym chaosie próbuję tylko odpowiedzieć na pytanie, skąd przeciętny Kowalski ma czerpać wiedzę o bólu krzyża czy spiętym karku. Przyziemne? Być może. Ale problem jest realny.

I myślę sobie, że nikt z nas nie rozwiąże go w pojedynkę.
Ale każdy z nas, fizjoterapeutów, może zostawić po sobie mały, dobry ślad.

Jak to zrobić? Peter O’Sullivan w  tej rozmowie mówi, że najlepiej zacząć od siebie.

Tak, wiem jak to brzmi. Trochę coachingowo. Ale naprawdę w to wierzę, no bo jak mogę pomóc pacjentowi z bólem krzyża, jeśli nie potrafię ogarnąć własnych dolegliwości?

Nie chodzi o to, że fizjo nie może nic boleć. Wręcz przeciwnie – my też jesteśmy ludźmi. Ale różnica polega na tym, że jak nas boli, to nie panikujemy (mam nadzieję 🙈). Szukamy rozwiązania. Sprawdzamy, testujemy, ruszamy dalej.

I właśnie to jest ta wartość, którą możemy dać innym. Nie gotową receptę. Nie cudowny lek ale postawę, podejście, spokój.

I może to właśnie jest to, co zostawia największy ślad?

Co to oznacza w praktyce?

Moim zdaniem przede wszystkim:

  • Aktualizowanie swojej wiedzy: na bieżąco, nie tylko z kursów i konferencji, ale też samodzielnie z najświeższych doniesień.
  • Bycie krytycznym wobec siebie: bo żadna szkoła i żaden autorytet nie da Ci gwarancji nieomylności.
  • Wystawianie swoich przekonań na próbę: testowanie, kwestionowanie, nawet jeśli czasem zaboli ego.
  • Eksperymentowanie: ale na sobie, nie na pacjentach.

I najważniejsze pytanie, które przewija się przez cały ten wpis:

Skąd brać rzetelne informacje o działających formach terapii dla naszych pacjentów?

Dokładnie stamtąd, skąd ja wzięłam dane o uszach mojego psa – z EBM.

Tak, wiem – PubMed potrafi przytłoczyć. Przeczesywanie abstraktów tysięcy badań nie jest czymś, co robisz do porannej kawy. Ale wierzcie mi, są sposoby, żeby to ogarnąć i żeby korzystanie z literatury stało się czymś naturalnym, jak klauzula RODO w gabinecie.

I właśnie dlatego robię ten wpis. Bo aktualnie (dosłownie w chwili pisania tych słów) pracujemy z Tomkiem Jurysem nad redakcją polskiej wersji książki:

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

Im dłużej nad nią siedzę, tym mocniej czuję, że każdy fizjoterapeuta nie tylko powinien ją mieć na półce. Powinien ją mieć na biurku. Wytartą, pozakreślaną, przerobioną od deski do deski.
Do momentu aż:

  • wyszukiwanie informacji stanie się intuicyjne,
  • analiza dowodów będzie codziennością,
  • a decyzja „co zrobić z pacjentem?” – oparta nie na przeczuciu, tylko na wiedzy.

A Wy?

Czekacie na taką książkę? Przyda się?

Dajcie znać w komentarzu albo w wiadomości.
Jeśli temat EBM w praktyce Was interesuje, szykujemy jeszcze kilka mocnych materiałów. Stay tuned.

Ile uszu potrzeba do przeczytnia jednej książki?

A jeśli podoba Ci się to co piszę, to kliknij proszę “Lubię to oraz zapisz się na mój newsletter.

Nie zapomnij za subskrybować podcastu Fizjopozytywnie o zdorwiu [podcast o fizjoterapii]

Lub po prostu zajrzyj na stronkę i zobacz Podcast o fizjoterapii

Jeżeli nie chcesz przegapić rewelacyjnych treści związanych z nowymi wywiadami, trzy dniówkami dołącz do mnie zostawiając adres email: Tak chcę i nie mogę przegapić rewelacyjnych treści:)

Dołącz do mnie na Instagramie

Zapoznaj się z artykułami powiązanymi z tą tematyką:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *